DΞPΞCHΞ MODΞ 14.03.2006. Spodek, Katowice, Polska Historia 9 miesięcy i 1 dnia
Like a cat dragged in from the rain...
Pytanie "Czy powstanie kolejny album Depeche Mode" od kilkunastu już lat utrzymuje swoją moc i pozostaje aktualne a sam zespół ku uciesze fanów co cztery lata udziela na nie twierdzącej odpowiedzi (choć uciecha byłaby zapewne o wiele większa gdyby taka odpowiedź padała częściej). Od takiej właśnie dobrej nowiny zaczyna się ta historia - w grudniu 2004 roku pojawiła się informacja, iż już w styczniu roku następnego Martin Lee Gore, David Gahan i Andrew Fletcher wchodzą do studia, aby zarejestrować kolejny wspólny album. A kolejny album to oczywiście kolejna trasa, w której rozkładzie biorąc pod uwagę poziom rozwoju cywilizacyjnego nie spodziewać się Polski nie można było. Tylko gdzie zagrają? Dwa razy grali już w Warszawie (1985 oraz 2001)...
Po niezliczonej ilości nieoficjalnych plotek, przecieków i gdybań dnia 14 czerwca strona Modern Mode (www.depechemode.pl) oficjalnie podała, iż trzeci koncert Depeche Mode odbędzie się dokładnie za dziewięć miesięcy w katowickim Spodku. Z jednej strony wielka radość a z drugiej zaskoczenie, iż w tak małym obiekcie (jak się później okazało zażegnane inofmacją o kolejnym koncercie - w Warszawie 9 czerwca!). Datę i miejsce ostatecznie już potwierdził sam zespół 16 czerwca na konferencji prasowej w Dusseldorfie. Jako organizator koncertu wylegitymowała się Agencja Koncertowa Odyssey, która już na poniedziałek 19 czerwca zapowiedziała rozpoczęcie dystrybucji biletów. Rzeczywistość okazała się... nieco inna. Zamawianie biletów przez internet ruszyło na stronie Odyssey już po południu 16 czerwca (ceny od 150 do 240 złotych)! Jakie tornado nawiedziło wówczas strony organizatora nie trudno odgadnąć. Główna pula biletów rozeszła się właściwie natychmiast. Reszta nie pozostała bezpańsko na długo...
Dream on, dream on...
Niestety mogłem się tylko bezradnie przyglądać zaistniałej sytuacji, mając nadzieję na... sam nie wiem na co, bo właściwie przy tak szybkim obrocie spraw sytuacja wyglądała beznadziejnie. Ale w ciągu paru dni, potem tygodni a ostatecznie i miesięcy coś się zmieniło. Uśmiech pojawił się na twarzy a serce mocniej zabiło. W dniu szóstym stycznia 2006 trzymałem przed sobą bilet na koncert Depeche Mode w Katowicach, a wszystko dzięki użytkownikom Polskiego Forum Depeche Mode- serdecznie Wam dziękuję, a w szczególności adminowi! W tym czasie delektowałem się już od kilkunastu tygodni nowym albumem zespołu...
Sam album pociągał za sobą oczywiście wielkie oczekiwania, wielkie nadzieje. W lipcu miał miejsce głośny wyciek "Precious" i pierwsze zachwyty. Poznaliśmy też wówczas tytuł albumu oraz datę premiery - "Playing the angel" i 17 października. Czas się dłużył? O tak! Ale jaka piękna nagroda czekała na wytrwałych. Płyta znakomita, miejscami może mniej, ale na pewno ani na sekundę nie sprawiająca zawodu. Już w listopadzie zespół był w trasie. Touring The Angel wystartowało od USA, Europa doczekała się zespołu w styczniu. Pierwsze doniesienia, relacje tych, którzy już byli, widzieli, słyszeli i w końcu pierwsze bootlegi. Jak zwykle jednym układ się podobał mniej, innym bardziej. Jak się okazało w Europie w setliście nie zmieniło się prawie nic. Między "A pain that I'm used to" i "Goodnight lovers" wymienne pozostawały jedynie kompozycje wykonywane przez Martin'a: przed "Home" grano "Damaged people" albo "Macro" a na pierwszy bis "Somebody", "Shake the disease" lub "A question of lust". Zamieszanie wprowadziło tu też akustyczne "Leave in silence" śpiewane przez Martin'a i zagrane pierwszy raz podczas trzeciego koncertu w Paryżu. Co poza tym? Z najnowszego albumu "John the Revelator", "Precious", "Suffer well", "I want it all" i "The sinner in me". Z pozostałych płyt "A question of time", "Policy of truth", "Walking in my shoes", "I feel you", "Behind the wheel", "World in my eyes", "Personal Jesus", "Enjoy the silence", "Just can't get enough", "Everything counts" oraz wcale nie na koniec "Never let me down again". Jak widać żadna płyta nie została pominięta. Mimo iż koncert w Katowicach w chwili ogłoszenia wydawał się bardzo odległy to miesiące pozostałe do niego minęły bardzo szybko, zamieniając się w tygodnie a potem w jedynie dni...
Devil's companion won't stay satisfied for long...
To już tylko kilka dni? Tak, tak, tak! Ciało zdrowe, umysł może mniej, ale perspektywa 14 marca działa nań niezwykle leczniczo i kojąco. Brak kolizji czasoprzesrzennej z innymi zajęciami i obowiązkami. Tylko ustalić jeszcze parę szczegółów i można ruszać. Niech tylko dni nie pozwolą mówić o pozostałym tygodniu a godziny o pozostałych dniach...
Pociąg z Częstochowy odjechał o 16:20, w Katowicach miał być o 17:44 i o tej właśnie godzine byłem już kilkaset metrów od Spodka. Jak się okazało nie tylko ja z Częstochowy wybrałem się tym pociągiem na koncert. Chwila na mieście, parę łyków 'wzmocnionej' Coca-Coli i jestem pod Spodkiem. Mimo wcześniejszych zapowiedzi ze strony organizatora o wpuszczaniu już od godziny 18 w przypadku mrozu nic takiego niestety nie doszło do skutku. Z wejściem jednak nie było tak źle, jak można by przypuszczać - wystarczyło tylko znaleźć dobre miejsce. Pięć minut poszukiwań takowego, kolejne 10 na przebicie się do bramki i jestem w środku. W zasadzie mogłem wnieść wszystko, trochę żałuję że nic z sobą nie miałem, ale przynajmniej pozostaną wspomnienia. Szatnia, parę przebiegniętych metrów, potrąceń niewinnych i... To samo, tylko że w drugim kierunku i powtórzone jeszcze raz jak na samym początku i... i... i...
Nothing's impossible...
Support, zespół The Bravery, miał pojawić się na scenie o godzinie dwudziestej i chyba pojawił się punktualnie, ale nie to było ważne w tym czasie. Po otrzymaniu specjalnej naklejki znalazłem się w strefie strzeżonej, która po kilkudziesięciu krokach zamieniła się w wąskie przejście, prowadzące do szerszego korytarza oblepionego plakatami z Touring The Angel i kartkami A4 z wydrukowanymi "drogowskazami". Zatrzymaliśmy się przy dobrze strzeżonych drzwiach z wiele mówiącym napisem 'dressing room', przed którymi stał ochroniaż znany mi dobrze ze zdjęć z przechadzki Martin'a po Pradze, gdzie koncert miał miejsce 23 stycznia. Po chwili pojawiła się Kasia Kowalska wraz z córką. Krótka instrukcja, czego nie wolno (w zasadzie niczego) i czekanie, czekanie... Są!! Pierwszy wyszedł Andy Fletcher. Czy to się dzieje naprawdę?! Andy zaczął od lewej, ja byłem po prawej. Za nim wyszedł odziany w czerń Martin Lee Gore, na głowie już miał swoją charakterystyczną czapkę (że też mu w niej nie gorąco). Lewa strona była okupowana przez Andy'ego, dlatego Martin zaczął od drugiej. Spojrzenie na mnie, uśmiech, uścisk dłoni (och, jaka cieplutka), "Hello, nice to meet you". Ach, ten głos, jak on brzmi. Nie taki wysoki ten Mr Gore, według niektórych danych niby tylko centymetr mniej ode mnie, ale wcale na tyle nie wyglądał (być może to były złe dane). Na rozpromienionej twarzy nieco pulchniutki, gdzie indziej może też już nieco za dużo Go było. Po chwili przywitanie z Andy'm, nie skrywającym swojego brzuszka (a wydawało mi się że sam mam za duży). Z profilu malował się bardzo dostojnie. Na koniec David Gahan. Chyba specjalnie na tą okazję założył skórzane rękawiczki, ponieważ na koncercie już ich nie miał. Dbałość o cerę dłoni? A może coś innego? Najmocniejszy uścisk i niskie "Hi". Brrrr... Z tymi pomalowanymi oczami, kiełkującym zarostem i drobnymi zmarszczkami wyglądał doprawdy wampirycznie, aż ciarki przechodziły. Wyglądał też na dość wychudzonego. A może sprawiał tylko takie wrażenie przy pulchniejszych kolegach z zespołu? Pozycja 'do zdjęcia' zajęta, trzy flesze, jeszcze parę słów i już. Andy poklepał mnie po plecach na pożegnanie, pomachali, uśmiechy, "Bye bye". Zniknęli za drzwiami. To już? Po wszystkim?! Ach... Ech... Tylko nie wiem czego więcej - "echów" że tak krótko, czy "achów" nad całością podniosłej chwili...
Sex, pain, angel, love, vice, enjoy...
Szybki powrót z walącym niesamowicie sercem i lekko trzęsącymi się rękoma i od razu marsz w poszukiwaniu miejsca, które (znalezione po dłuższej chwili błądzenia) okazało się znacznie lepsze niż przypuszczałem. Na scenie The Bravery. Świetny zielony sweterek wokalisty - jego krój pewnie pamięta jeszcze lata powojenne. Support nie zwracał niestety na siebie mojej uwagi. Na szczęście od mojego usadowienia się zgrali tylko dwa czy trzy utwory i zeszli ze sceny. Na około pół godziny wnętrze Spodka rozświetliło się a na scenie pojawił się obsługa techniczna. Z głośników tradycyjnie płynęły utwory wyselekcjonowane przez samego Mr Gore'a. Po drugiej stronie mojego sektora śmignął redaktor Stelmi z radiowej Trójki. Na koncercie widziany był też zespół Myslovitz z Arturem Rojkiem na czele a także grupa Ice Machine, Justyna Steczkowska i Marek Sierocki, na którym na pewno nie koniec (młodsze pokolenie reprezentowała na przykład Kaja Paschalska). Dwudziesta pierwsza zbliżała się powoli...
[foto: Krupik]
I zgasły światła. W ciemności zabrzmiało instrumentalne intro, na wyświetlaczu na kuli podwieszonej nad sceną zabłysnęło "Hello". Basy odcisnęły się na ubraniu i ciele. Po chwili w mroku na scenie pojawiły się znajome sylwetki. Dwaj tlenieni blondyni, dwaj bruneci i jeden rudy, czyli Martin Lee Gore za gitarą, Christian Eigner na perkusji, David Gahan przy mikrofonie oraz Peter Gordeno i Andy Fletcher za kosmicznie obudowanymi klawiszami. Ryk "A Pain That I'm Used To" - zaczęło się na dobre! Andy na podkoszulek, w którym widziałem go godzinę wcześniej założył grubszą bluzę, Martin oprócz czapy miał już na sobie także czarne skrzydełka (ktore jak się okazało miał już wcześniej, ale zauważyłem to dopiero na zdjęciu, hah). A głos Dave'a brzmiał znacznie lepiej niż na jakimkolwiek bootlegu z tej trasy, który miałem okazję usłyszeć! Potwierdziło się to przy "John The Revelator", a może po prostu z wrażenia nie słyszałem niedociągnięć? Ale to i dobrze. Już po pierwszym utworze Dave wykrzyczał "Goodevening Katowice!!", co oczywiście spotkało się z żywiołowym odzewem wypełnionego niemal po brzegi Spodka (około 9 tysięcy osób). Odpadła zasłona z wymalowanym Mr Feathers'em, odsłaniająca ekrany. Normalnie powinno ich być sześć, ale przez dłuższą chwilę zastanawiałem się czy nie jest tylko jeden. Były trzy, co chyba nie pozowliło projekcjom rozwinąć pełnych skrzydeł (pewnie parę osób ubolewało, że pani z "I Feel You" nie pokazała się przez to w całej okazałości). Trzecie "A Question Of Time", kołowrotki Dave'a, wejście na wybieg w publiczność i oczywiście przy słowach 'with my little one' chwyt za... wiadomo co. Ruch ten powtórzył jeszcze podczas "World In My Eyes" przy słowach 'nothing more than you can touch now', będąc zwróconym ku publiczności z prawej strony sceny, której w niektórych momentach wyraźnie było mu za mało. Czwarte poleciało "Policy Of Truth", podczas którego Martin pierwszy raz znalazł się za klawiszami a piąte "Precious" z najnowszej płyty, przy którym z rusztowania z oświetleniem zjechało sześć czy więcej blado pomarańczowych lamp. Planowana akcja ze złapaniem się za ręce zamiast klaskaniem, do którego zachęcał Dave może nie wyszła na trybunach najlepiej (a w zasadzie to chyba wcale), ale na płycie wyglądała całkiem nieźle, choć dopiero za drugim podejściem - w pierwszech chwili wszyscy za zachętą Dave'a nie mogli oprzeć się klaskaniu. "Walking In My Shoes" - i serce zabiło z całej siły! Potęga do nieskończoności! "Suffer Well" na płycie jak i koncercie niestety nie zrobił na mnie większego wrażenia. Dave dał na nim publiczności odśpiewać praktycznie cały refren za siebie...
[foto: SZoPer]
Taken in by the delicate noise, knocked to the ground by the subtle thunder...
Piękne dwa utwory śpiewane przez Martin'a to chwila oddechu, można było usiąść. Najpierw "Damaged People", w którym Mr Gore na ramionach zawiesił gwieździstą gitarę a potem niesamowite "Home". Coś pięknego. Martin mniej więcej w połowie zrzucił w fantazyjny sposób okrycie głowy, pokazując nieco zwichrowaną blond czuprynę. Jak zawsze ostatnie słowo linii 'from my first breath' wyciągnął tak że aż ciarki przeszły po plecach. Każdy wers zwrotki wybijał, wytykał palcami w powietrzu. Całą radość wyrzucił z siebie po końcowej solówce, wkraczając na oba wybiegi, machając rękoma i w końcu kopiąc z rozpędu leżącą jeszcze na scenie czapkę, która zapewne od razu poleciała do prania. W końcu wylądował, naśladując ruch skrzydeł. Pięknie!! Potem "The Sinner In Me" i szaleństwa ciąg dalszy. Martin w nieporadnych podskokach przemierzył scenę najpierw w jedną stronę a potem w drugą, wracając w porę pod mikrofon, przy którym w pierwszej chwili całkowicie zagłuszył Dave'a. Druga połowa kompozycji to oczywiście agresywna solówka Martin'a, tuż przed którą Dave przyczaił się skulony przy gitarze, aby po chwili odskoczyć z wrzaskiem. Eksplodowało! Potem kolejne eksplozje (jedna z pierwszych wraz z okrzykiem Dave'a "Martin!" i z wejściem gitary z motywem przewodnim) w znakomitym "I Feel You", w którym bardzo ładnie grały prostopadłe światła na samej górze, po których wspinały się i schodziły na dół jasne punkty. W przerwie po "The Sinner In Me" w ręku Dave'a znalazła się jakaś czarna szmatka (czy przed paroma chwilami nie spełniała dumnej roli kamizelki?), którą się wycierał a z którą na początku kolejnego utworu w ukłonie wykonał gest jakby zamiatania (choć pewnie co innego miał na myśli). W pewnym momencie "I Feel You" Dave znowu znalazł się na wysokości gitary Martin'a, wyraźnie próbując wygryźć mu struny, ha ha ha! Nie miał już na sobie kamizelki, połyskując od potu. Kolejny punkt koncertu to "Behind The Wheel" i potężne oklaski w rytm utworu. Potem "World in my eyes" i jak na każdym koncercie przedstawienie Andy'ego okrzykiem "Mister Andrew Fletch Fletcher!". Na telebimie twarze muzyków, przez parę chwil dłonie Mr Gahan'a złożone w charakterystyczny symbol oczu znany z okładki singla. Na koniec utworu Dave wylądował przed perkusistą tak samo jak przed paroma minutami Martin, naśladując w pokłonie rękoma ruch skrzydeł. W tym samym czasie Martin kończył utwór piękną wokalizą w postaci wysokiego 'uuuuu uuu'. Po chwili "Violator'a" ciąg dalszy: "Personal Jesus" z nieśmiertelnym 'reach out and touch faith' oraz "Enjoy The Silence", na początku którego reflektory szperają po fanach zgromadzonych na płycie. 'Mister Martin L Goooore!' i solówka, ktora może nie tak piękna jak na trasach z 1998 czy 1993 roku, ale i tak doskonale się sprawdzająca. No, może poza tym, że mogłaby być głośniejsza. I ten język Martin'a! Tyle w secie głównym. Gordeno ukłonił się po damsku. Zespół zniknął ze sceny. Można odpocząć. Ale po co? Trzeba domagać się bisów!
[foto: SZoPer]
Jeszcze, jeszcze, jeszcze! W przerwach pomiedzy utworami nie cichło 'Depeche Mode', pojawiło się chyba nawet 'Andy, Andy!' oraz oczywiście "Martin" i "Dave". Ach! Jest pierwszy bis! Akustyczne "Shake The Disease" śpiewane w czerwonym świetle przez Martin'a nieśmiało poruszającego biodrami. Gordeno na klawiszach, reszty nie ma na scenie. Nie do końca wyszło klaskanie między 'understand me', ale nie z każdym razem było coraz lepiej. Martin szczerze uśmiechnięty. Cudowna chwila. Trochę nie w parze z oklaskami szła wirtuozeria Peter'a, ale tu chyba nic nie dało się zrobić. Ze słowami 'It was beautiful, Martin' pojawił się Dave i reszta ekipy. "Just Can't Get Enough" pełną parą. Utwór ma już ponad ćwierć wieku, a wcale po nim tego nie słychać. Na scenę z publiczności zgromadzonej na płycie poleciał kapelusz, który Dave odrzucił chyba znacznie dalej niż pukt, z którego wyleciał. Do śpiewu po utworze chyba nie trzeba było zachęcać. "Ooooooooo oooo" nie było końca, między którym rytm nadawał Christian Eigner. Raz nawet wyręczył go Dave, puszczając do mikrofonu 'umm tss umm tss umm tss'. W końcu usiadł pod perkusją popijając wodę. Śpiewy zagłuszył dopiero początek "Everything Counts", przy którym na wyświetlaczu na kuli pojawiło się coś na wzór kursów walut czy też notowań giełdowych. Refren śpiewał cały Spodek. Na telebimach pojawił się obraz z kamery skierowanej na publiczność zmiksowany z ujęciami ze sceny. Koniec bisu, uff, ależ przeżycie. Z gorąca nieco braknie powietrza, a jestem tylko na trybunach. Na płycie chyba ktoś omdlał. Refren "Everything Counts" długo nie cichnął...
[foto: Donki]
I haven't seen better days, I haven't lived better ways...
Sporo osób po tych trzech utworach zaczęła wychodzić z koncertu, co było dużym błędem. Nawoływania do kolejnego bisu nie miały końca, zaprzęgnięto chyba do niego też kończyny dolne, bo pod stopami trzęsła mi się podłoga a z niesamowitej wrzawy nie dało się wyłowić konkretnych dźwięków. Są znowu na scenie! "Never let me down again" z Martin'em klęczącym z gitarą (cały pierwszy bis spędził za klawiszami) na scenie rozpoczęło niestety ostanią już część widowiska. Las rąk pod koniec to widok, który pamiętać będzie się na długo. Trochę wysiłku to kosztuje i dopełnia całokształtu potrzebnego do wejścia w posiadanie zakwasów. Na telebimach falujące zboże. Na koniec piękne "Goodnight Lovers". Uścisk Dave'a z Martin'em na końcowym 'like all soul sisters and soul brothers' i... już. Jeszcze tylko ucałowanie w głowę Martin'a. 'See you next time!', ukłony. Z publiczności zabrzmiało gromkie 'dziękujęmy', na dźwięk którego Dave i Martin zaczęli tańczyć i kręcić rękoma kołowrotki. Zeszli ze sceny śmiejąc się i pewnie nie wiedząc o co chodzi...
[foto: God101]
Ile to jeszcze takich pięknych momentów miał ten koncert? Niestety w takich chwilach pamięć dobra jest, ale krótkotrwała. Chyba przy "World In My Eyes" Dave po przedstawieniu Andy'ego znalazł się przy keybordzie Martin'a, po odejściu od którega Martin spojrzał się na niego tak jakby chciał powiedzieć "Ty świntuchu!". Nie dało się też nie zauważyć szaleństw samego Dave'a, szczególnie wyglądających chaotycznie podrygiwań i już o wiele bardziej uporządkowanego tańca przy "Walking In My Shoes", "World In My Eyes" czy w finale "I Feel You". Co chwilę rozbrajał szeroki uśmiech Martin'a. Dave kilkukrotnie powtarzał "great audience". Ogromne wrażenie robiło to, co za zestawem perkusyjnym wyczyniał Christian Eigner. Na koniec był cały zlany potem, ale nie ma co się dziwić. Bębny grały pięknie, choć chciałoby się aby brzmiały jeszcze mocniej. W "I Feel You" echo niosło uderzenia gdzieś daleko. Miażdżyło. Gorąco zrobiło się bardzo szybko. Nawet Fletch w pewnym momencie zrzucił bluzę i występował w samym T-shircie. To był mój pierwszy koncert Depeche Mode, mam nadzieję, że nie ostani...
The Bravery:
01. Swollen Summer
02. No Brakes
03. Out Of Linet
04. Public Service Announcement
05. Tyrant
06. An Honest Mistake
07. Unconditional
08. Fearless
DΞPΞCHΞ MODΞ:
zestaw główny:
01. Intro
02. A Pain That I'm Used To
03. John The Revelator
04. A Question Of Time
05. Policy Of Truth
06. Precious
07. Walking In My Shoes
08. Suffer Well
09. Damaged People
10. Home
11. I Want It All
12. The Sinner In Me
13. I Feel You
14. Behind The Wheel
15. World In My Eyes
16. Personal Jesus
17. Enjoy The Silence bis #1:
18. Shake The Disease
19. Just Can't Get Enough
20. Everything Counts bis #2:
21. Never Let Me Down Again
22. Goodnight Lovers
skład zespołu:
David Gahan - wokale
Martin Lee Gore - gitara, klawisze, wokale, chórki
Andrew Fletcher - klawisze, chórki
Peter Gordeno - klawisze, chórki
Christian Eigner - bębny, perkusja
Teraz pozostaje tylko czekać na i zbierać bootlegi, zdjęcia, dzielić się emocjami i relacjami z innymi oraz szczelnie konserwować cenne wspomnienia, które pozostaną na całe życie...
Precious and fragile things need special handling...
Po koncercie, zakończonym tuż po dwudziestej trzeciej miało się odbyć After Party w chorzowskim klubie Piramida, na który spod Spodka miały zabrać chętnych autobusy. Niestety okazało się, że autobus jest tylko jeden. Na pierwszy kurs się nie zapałem, czekając na drugi jakieś czterdzieści minut jeśli nie więcej. Nawet pewnie sam kierowca nie wie ile wtedy ludzi wcisnęło się do środka. Wydawało się że na tym przykrych niespodzianek będzie koniec, niestety tak nie było - przed wejściem do Piramidy było jeszcze gorzej niż przy wejściu do Spodka! W środku byłem dopiero o w pół do drugiej! Miejsc siedzących praktycznie już nie było, wypadało odpocząć gdzieś na barierce, bo o wejściu na parkiet czy chodzeniu w ogóle przy zmarzniętych palcach u stóp nie było mowy. W rezultacie musiałem wychodzić szybciej niż wszedłem. Miejsce to chyba nie było najlepszym na taką imprezę, choć z głośników wydobywał się całkiem zgrabny zestaw utworów. Godzina 4:33 to pociąg powrotny do Częstochowy. Godzina siódma rano i pod kołderkę, pobudka około piętnastej. Pobudka z rzeczywistości, która wydawała się snem i w rzeczywistość, która zapewne jeszcze przez długi czas snu przypominać niestety nie będzie...
Tak - po raz kolejny okazało się że marzenia się spełniają. I to nie te małe, z którymi się nie skrywa, ale te największe, o których nawet boi się pomyśleć...