Polska premiera jednego z najbardziej oczekiwanych filmów roku (2003) miała miejsce 23 maja. Ja miałem okazję zobaczyć to dzieło na trzy tygodnie po premierze, więc seans odbył się w kameralnej atmosferze a sala kinowa świeciła pustkami. Mowa oczywiście o filmie "Matrix: Reaktywacja" (w oryginale "Matrix: Reloaded", czyli raczej ponowne załadowanie niż reaktywacja, ale niech im tam będzie). Czas jaki minął od premiery pozwolił mi na wyrobienie dość mglistej opinii na temat drugiej części "Matrixa" na podstawie opinii tych, którzy go widzieli. A opinie te oscylowały oczywiście od bezgranicznych zachwytów po śmiech politowania, ze wskazaniem na to drugie. Jedno jest pewne: "Reaktywacji" dużo brakuje do pierwszej odsłony. Ale nie próbujmy dociekać po kolei dlaczego tak jest, tylko skonfrontujmy moje odczucia na temat filmu nad odczuciami zasłyszanymi w tłumie ...
Kulawa fauła i zabicie klimatu ? Po części tak, choć fabuła nie jest aż tak słaba, jak to niektórym się wydaje. Kulą u jej nogi jest chyba motyw wwiercenia się maszyn do Zion'u, robiący wrażenie doklejonego na siłę, dodatkowo rozbijający klimat, którego niestety tylko część przemycono z poprzedniej produkcji. Brak tajemniczości ? Owszem, za dużo tu oczywistości a to, co może być jej nasieniem jest momentami zbyt zagmatwane (fragmenty rozmowy z programistą) lub mało oryginalne (obraz Zionu, który widzieliśmy już w wielu innych produkcjach z gatunku science-fiction). Wręcz śmieszne i groteskowe sceny walk ? W pierwszej części to było coś. A tu także jest rewelacyjnie. Najbardziej utyskiwano na potyczki z agentem Smith'em, a raczej z jego wieloma replikami. Tak, z początku rzeczywiście może to śmieszyć a po dłuższej chwili nawet nudzić. Na szczęście ktoś wpadł na to, aby Neo wyrwał z asfaltu metalowy słupek. Dopiero od tego momentu robi się ciekawie. Kolejny zarzyt odnośnie walk to ich długość. Są efektowne i bardzo zgrabne, ale za długie. A irytacja widza wynikła z tego powodu nie jest chyba efektem zamierzonym ...
Scena erotyczna ? Jest, ale tak jakby jej nie było, bo widzimy praktycznie tylko zbliżenia spoconych twarzy Neo i Trinity, na których maluje się raczej cierpienie niż jakakolwiek przyjemność. Ale czy na tym nie polega cała magia tej sceny ? Bo zaprzęga ona do pracy naszą wyobraźnię, co szczególnie trudne jest do osiągnięcia w przypadku filmu. W każdym razie nie ma na co narzekać, choć miłość tej pary (chodzi o uczucie i obajwy pożądania a nie seks) momentami ukazana jest dość trywialnie i zbyt agresywnie, ale pewnie wielu będzie się podobać.
Najlepszy w historii kina pościg samochodowy ? Najlepszy chyba nie, ale najlepiej sfilmowany jak najbardziej. Takiej pracy kamery jeszcze nie było, jej rajdy pod podwoziami ciężarówek (i częściowo w ciężarówkach) zapadają w pamięć. Niewątpliwe zaletą pościgu jest fakt iż za kierownicą jest kobieta, a w pewnym momencie nawet dwie. Oczywiście połączone jest to z efektami specjalnymi towarzyszącymi zmaganiom głównych bohaterów z siłami zła (choć zło jest tu chyba pojęciem względnym). Samochody niszczone są na różne sposoby i z rozmachem, choć parę z nich zachowywało się dosyć osobliwie, żeby nie powiedzieć dziwnie. Do tego w finale eleganckie zderzenie ciężarówek i potężny wybuch wśród którego płomieni dryfują zagubieni Morfeusz i Klucznik. Ci, którzy widzieli potwierdzą a ci, którzy nie widzieli to wkrótce zobaczą, bo nie widzieć tego filmu to grzech.
Na tym atrakcje "Reaktywacji" się nie kończą. Aby nie zalatywało stęchlizną tchnięto do filmu trochę powiewu świerzości w postaci nowych ... postaci. Na pierwszy plan wybijają się bliźniaki z pozoru niewinne, ale kryjące pod nienagannym strojem i dredami demoniczną naturę. Męska część publiczności (i kobieca "inaczej" coby nikogo nie pominąć) zwróci zapewne uwagę na postać Desdemony odtwarzaną przez Monicę Belucci (która w filmie wypada dużo lepiej niż na zdjęciach z niego). Efekty specjalne ponownie wyznaczają nowe standardy, a znane z pierwszej części spowolnienie tempa zastosowano z jeszcze większym wyczuciem, co już można zakfalifikować do sztuki. W filmie odnajdziemy także masę nawiązań do Biblii i mitologii, nie tylko w nazwach i imionach. Jest to znacznie lepsze niż wymyślanie kosmicznych okresleń. Sama fabyła, jeśli chodzi o kwestię Matrix'a ponownie daje sporo domyslenia. I już wiemy czym są duchy, kosmici i inne anomalie. Do tego dochodzi masa małych smaczków, na przykład w postaci tekstu "Przeklinanie po francusku to jak podcieranie się jedwabiem.", po prostu genialne. Wrażenia po obejżeniu "Reaktywacji" są dość zróżnicowane, z przewagą jednak pozytywnych (których źródło leży także w nadziejach pokładanych w ciekawie zapowiadającej się części trzeciej). Bywają momenty, w których można być znudzonym, ale są też takie, w których nie można oderwać się od ekranu. Trochę niepokoi równowaga zachowana między nimi. Właściwie gdyby nie "Matrix" to "Matrix: Reaktywacja" byłaby dziełem o wiele lepiej odebranym i odbiór nie polegałby głównie na porównaniach, często pozbawionych sensu. Taki chyba już jest los sequeli ...
Już w listopadzie 2003 premiera trzeciej części - "Matrix: Rewolucje". Po urwanym końcu "Reaktywacji" można się spodziewać naprawdę rewolucji w fabule, zwłaszcza, że praktycznie niczego nie można się domyślać, poza tym, że rewolucjonistą będzie agent Smith ...