Obudziłam się bardzo wcześnie. Właściwie jeszcze w nocy. Byłam w takim stanie, gdy człowiek z trudnością potrafi odróżnić co jest jawą, a co stanowi jeszcze senne marzenia. Powoli otworzyłam znużone oczy i jedyne, co zobaczyłam przed sobą, to szare sprzęty, majaczące niewyraźnie we mgle mroku, który wypełniał po brzegi mój pokój. Słyszałam cichy, miarowy oddech śpiącej koleżanki. Zmróżyłam lekko oczy, w nadziei, że zobaczę coś jeszcze w tej ciemności, ale nie było tam nic. Zasmuciło mnie to. Tak, jak wczoraj, przedwczoraj... Ten sam mrok, ta sama Pustka. Nie chciałam znów pogrążać się w ponurych myślach, dlatego ubrałam się i wyszłam na zewnątrz. Było dosyć chłodno, więc otuliłam się szalikiem i naciągnęłam kaptur na głowę. Przygnębiały mnie całkowicie opustoszałe ulicei przyćmione lampy, które z najwyższym trudem oświetlały chodnik, roztaczający się przede mną jak szara rzeka. Prawdopodobnie pierwszy raz byłam o tej porze na spacerze. Nie wiem tego na pewno, bo o takich spacerach nie chce się raczej pamiętać. A co mnie do tego skłoniło ?Chciałam zapomnieć o pustce ... Pustka. Obezwładniająca, wszechobecna. Rodziła się we mnie i umierała, jeszcze za niemowlęctwa, tysiące razy. Nie zdążyła nigdy nabrać sił, nie zdążyła rozłożyć skrzydeł i zapuścić korzeni wystarczająco głęboko. Tym razem jednak wchodziła w okres dojrzałości. Mocna, jak nigdy do tąd. Bezczelnie wchłaniała mnie , niczym czarna dziura. Powoli wysysała ze mnie energię, spijała ze mnie życie. Bez pytania, tak po prostu. Zadomowiła się, od czasu do czasu boleśnie o sobie przypominając i rozpychając się łokciami. Czuła się jak na swoim. Chciałam jej przeskodzić, ale malutkie światełko nadziei, któro chroniłam jak skarb, co chwilę przyćmiewane było przez złowrogi cień. Jakież ono ma szanse w walce z tzak potężnym przeciwnikiem ? Jest nikłe i słabe. Silniejszy podmuch mógłby je zgasić na zawsze. Lecz aj je chroniłam. Do czasu ... Idąc chodnikiem, dotkniętym bezlitosną ręką czasu pogrążąłam się w mych myślach. Nie zauważyłam nawet, że po drodze ciemności skradły mi jedną rękawiczkę. Zastanawiało mnie w czym ma pożywkę ta Pustka. Nie musiałam siędługo zastanawiać, by stwierdzić, że jestem dla niej bogatym żródłem witamin i składników odżywczych. Już od dawna. Nic dziwnego, że z czasem wzrastała szybciej, i szybciej... Nie miałam już nawet sił z tym walczyć. A może nie chciałam...? Pustka. To taka droga na skróty. Pójście na łatwiznę. Wygodne. Ale destruktywnei zgubne. Jeśli raz otworzy się jej drzwi, po raz drugi nie przekroczy ich progu. Zostanie i cię zniszczy. Czy można się z nie wyleczyć walką ? Co więc obrać za oręż ? Nie poznałam jak do tąd broni wystarczająco mocnej, która zadałaby Pustce śmiertelne rany. A może właśnie w braku walki tkwi lekarstwo ? Droga na skróty może okazać się zbawienna. Dać się połknąć Pustce... Pozwolić jej na to, by by się stała naszą jedyną wiarą. Bezwładnie i bezwolnie rzucić się w jej ramiona i usnąć przy ponurej kołysance. Może to jest wyjście? Z takimi myślami zawróciłam, przecinając drogę zaspanym promieniom, spadającym swobodnym wodospadem z lampy. Swe kroki skierowałam do akademika. Z myślą o uwolnieniu się od Pustki, jednoczesnym poddaniem się jej woli, niemal biegłam. Co jakis czas, poza echem własnych kroków, słyszałam cichy głos wołający "Uwolnię się ! Uwolnię się !" i jeszcze cichszy szyderczy śmiech. Próbowałam go zignorować... Wchodząc do pokoju starałam się nie hałasować, by nie zbudzić koleżanki pogrążonej w słodkiej ułudzie snów. Miała szczęscie, bo nigdy nie poznała Pustki. Ja z nią byłam na "ty". Otworzyłam okno, któro delikatnie szarpnęło się pod naporem mojej ręki. Miałam lęk wysokości, dlatego nie spoglądałam w ten ocean mroku, keóry kusząco rozlewał się w dole. Mimo ciemności widziałam mamiący zarys chodnika. Wołał mnie. Śmieszne. Pierwszy raz w życiu wołał mnie chodnik... Nie mógł się doczekać spotkania ze mną. Pewnie obiecała mu je Pustka. Intrygantka. Wciągnęłam w płuca ostre, zimne powietrze, napawając się jego świerzością. Marzyłam o tym, by uwolnić się od tego, co mnie tak nieznośnie trawiło. Wdrapałam się na parapet i klęcząc wychyliłam na zewnątrz. To takie dziwne uczucie, wiedzieć, że już za chwilę zniszczę Pustkę. To przepełniło mnie szczęściem...Ale... co przyjdzie po niej ? Może coś jeszcze gorszego ...? Nagle usłyszałam głos koleżanki:
"Ej, zamknij to okno ! Zimno jak w lodówce !"
Po chwili dorzuciła:
"O! To już rano ? Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin ! Sto lat !" - zaczęła śpiewać.
Wstała i podbiegła do mnie, nie zauważając nawet, co chcaiłam zrobić. Powiedziała, że wieczorem czeka mnie coś wyjątkowego. Wspomniała też, że Marcin o mnie pytał... W tym momencie zaczęło świtać. Uśmiechnęłam się do wstającego dnia i posłusznie zamknęłam okno. Szarość pokoju zastąpiły niewyraźne kolory.