Dodaj do ulubionych
Muzyka: recenzje, relacje, zespoły
39 Juwenalia częstochowskie 2003

  Wiosna to najweselszy czas w życiu studenta a to za sprawą imprezy ofitującej w nieskończoną ilość piwa i bezpłatne imprezy, zwanej juwenaliami. Tu zajmę się tym drugim (koncertami) aspektem tego wydarzenia, w jakim dane mi było uczestniczyć. Mowa oczywiście o 39 Juwenaliach Częstochowskich. Ich dwa ostatnie dni były dniami koncertów, które odbyły się na placu między akademikami ("Maluchem" i "Bliźniakiem" - pozdrowienia !!) Politechniki Częstochowskiej, nazwanym Placem Gupich Zabaff. Plan koncertowy na 16 maja (2003 roku oczywiście) obejmował następujących wykonawców: Intricate Division, Tajka, Habakuk, Black And White, Vena Valley i w roli gwiazdy dnia K.A.S.A. Rzeczywistość była trochę inna. Na następny dzień zaplanowano występy takich oto zespołów: Alma, Kwiaty W Armacie, Boogi Nights, Rażeni Piorunem, Haratacze oraz na zakończenie Paweł Kukiz i Piersi. Tu program został wykonany tak jak go zaplanowano. Zacznijmy po koleji ...

  Pierwszy zespół pojawił się na scenie już około szesnastej, ale jego obecność ograniczała się do sprawdzania i strojenia instrumentów, ponieważ studenci razem z pochodem zabawili dłużej na mieście niż planowano. Pojawili się dopiero około siedemnastej i wtedy zespół wydobył z siebie pierwsze dźwięki. A było to miejscowe Intricate Division. Publiczności przed sceną praktycznie nie było (jakieś dziesięć osób). A było czego posłuchać. Gatunek, jaki uprawia zespół dość trudno określić, ale można to nazwać dość ostrym i surowym rockiem progresywnym, czyli było to coś niezwykle smacznego. I śmiem twierdzić iż był to najlepszy koncert całych Juwenalii !!! Bardzo ciekawie prezentowały się warunki wokalne pana przy mikrofonie (całość po angielsku), zagrano także jeden utwór instrumentalny. Występ Intricate Division, podobnie jak pozostałych zespołów trwał niecałe czterdzieści minut. Po nich na scenę wszedł zespół Defakty z wokalistką siegająco momentami po klarnet (czy coś w tym stylu, nie znam się na tym). Były to o wiele lżejsze klimaty od ich poprzedników z domieszką jazzu czy folku. Wokalistka nie pokazała niczego specjalnego, ale to chyba wina głównie słabych utworów, z których jedynie jeden nie wzbudził we mnie odrazy za sprawą bardzo ciekawych wokaliz w refrenie. Po Defaktach scenę zapełnił zespól Vena Valley z enrgiczną wokalistką na pierwszej linni, co chwila nawiązującą (lub próbującą nawiązać) kontakt z coraz liczniejszą publicznością.K.A.S.A., czyli Krzysiu Kasowski To co grali można nazwać mieszanką art rocka z gotykiem, czyli ponownie bardzo smacznie. Część publiczności odśpiewała nawet z zespołem refren utworu "Władza" z repertuaru Closterkeller. Były tu utwory w rodzimym języku jak i po angielsku. Po tym udanym koncercie na scenie znalazł się zespół Tajka, reprezentujący podobne brzmienie do Defaktów, ale z dużo większą dawką rocka. Także możliwości wokalistki prezentowały się dużo lepiej. Niestety podobnie jak przy defaktach zabrakło dobrych i ciekawych kompozycji. Całkowicie po polsku. Gwiazda wieczoru, Krzysztof Kasowski (z towarzyszeniem pani za klawiszami i pana na perkusji) pojawił się na scenie około 20:45. Rozpoczą krótkim, instrumentalnym intrem, którym był chyba "Rasputin" z repertuaru Boney M. A potem poszły wszystkie większe przeboje. Nie był to porywający występ, czego raczej się nie spodziewałem. K.A.S.A. grał ponad półtorej godziny, z czego ostatnie minuty poswięcono szalonym bisom, podczas których wokalista dorwał się do perkusji i keyboardu. W trakcie koncertu grał jeszcze na gitarze, akordeonie i saksofonie. Ogólnie nie było źle. W przerwie między koncertami odbył się między innymi konkurs picia ciepłego piwa. Nad ranem można było zobaczyć krajobraz jak po bitwie: cały plac w śmieciach i połyskująch w słońcu odłamkach szkła.

  Koncery ostatniego dnia Juwenalii rozpoczęły się dwadzieścia minut po szesnastej, gdy swój występ zaczą zespół Alma. HarataczeI ponownie mocne, gitarowe uderzenie z dwiema wokalistaki o niemal identycznej barwie głosu. Grali po polsku i angielsku z tym, że utwory śpiewane w tym drugim języku były znacznie bardziej udane i wciągające. Niejednokrotnie wokale "nachodziły" na siebie, co czasami robiło bardzo dobre wrażenie. Jak to przy pierwszym koncercie bywa publiczność była szczątkowa. Po siedemnastej na scenie pojawił się tutejszy zespół Kwiaty W Armacie, grający bardzo zywy rock'n'roll wzbogacony brzmieniem saksofonu. Brzmienie całkiem fajne, ale gorzej z utworami i po prostu pospolitym głosem wokalisty. Po osiemnastej na scenę wszedł zespół Boogie Night z atrakcyjną wizualnie wokalistką, reprezentujący dość wesoły rock'n'roll z domieszką boogie. Ciekawa barwa głosu i całkiem udane utwory zadecydowały o tym iż według mnie obok Almy był to najlepszy koncert dnia. Tuż przed dziewiętnastą na scenę wkroczyli Rażeni Piorunem, zespół z zupełnie innej bajki. Ich brzmienie, teksty utworów i zachowanie (okrzyki w stylu "Jesteśmy pojebani !!", bekanie i twierdzenie, że gitarzysta w dzieciństwie został porwany przez UFO) zamykają ich w szeroko pojętym punk rocku. Koncert był całkiem niezły, ale bez artystycznych aspiracji. Podobnie jak dzień wcześniej koncerty trwały około czterdziestu minut. Po godzinie dwudziestej rozpoczął się występ kapeli o nazwie Haratacze (który początkowo zapowiadano jako Haracze, ale szybko ten błąd naprawiono, ech ... za dużo piwa ?). To, co grali nazwałbym ... góralskim punk rockiem z dużą domieszką rapu. A grali prawie siedemdziesiąt minut. Wśród instrumentów pojaiły się elektryczne skrzypce, obsługiwane przez niewiastę wspomagającą od czasu do czasu wokalistę i ... tancerki. Pojawiły się one przy pierwszym utworze w nibyklatkach, które początkowo szczelnie przykryto. Tancerki po pierwszym utworze "uciekły", ale potem wróciły i z małymi przerwami były do końca. Haratacze nie grali niczego ambitnego, ale łatwo wpadało to w ucho i było nieźle napakowane energią. Przy okazji zespół zareklamował swoją stronę internetową i podobno sprzedał nawet parę kaset. Kontakt z publicznością był bardzo dobry, o czym świadczy choćby trzyutworowy bis. Na koniec występu (przed bisami) zagrali kankana, ale akurat w tym momencie gdzieś wcięło tancerki. Na bis wróciły i utwór zagrano jeszcze raz, co je kompletnie wykończyło.Tłumy szaleją a w tle akademik Maluchem zwany Zagrano parę kawałków z własnym, "rubasznym" tekstem do znanych melodii ("Mydełko fa" i obowiązkowa "Pszczółka Maja"). W połowie występu na scenie pojawił się jakiś zaprzyjaźniony raper zespołu o pseudonimie Olis. Nie wiem po co tu wklejono coś takiego. Totalna klapa. Na szczęście Olis był na scenie tylko jakieś trzy minutki. Muzyka była małooryginalna i momentami wręcz prostacka, ale występ jako całość prezentował się po prostu bardzo dobrze a momentami było nawet śmiesznie. Dopiero tuż przed dwudziestą drugą na scenę wszedł Paweł Kukiz i Piersi (zeszli z niej dopiero dwadzieścia pięć minut przed siedemnastym maja). Z początku grali raczej małoznane utwory, zostawiając przeboje na sam koniec. Pierwsza część koncertu była średnio udana. W takcie niej były jakieś problemy z gitarą (chyba zaplanowane), w trakcie których improwizowano przyśpiewkami i upolitycznionym przemówieniem, któro było po prostu nie na miejscu i psuło całą atmosferę.Paweł Kukiz i Piersi To trochę zabiło ten koncert, którym wielu było zawiedzionych. Grano utwory nie tylko z własnego repertuaru, ale także to, co Kukiz zrobił z Yougotonem czy Emigrantami (zagrano nieśmiertelne "Na falochronie", któro jednak straciło całą magię studyjnego pierwowzoru, ale nie mogło się nie podobać). Mimo wszystko koncert wypadł średnio, jeśli nie słabo. I na tym zakończyły się 39 Juwenalia Częstochowskie a to co działo się potem nie miało nic wspólnego z muzyką i kulturalną zabawą.

  Łącznie wystąpiło jedenastu wykonawców, z których najlepiej zagrał zespół Intricate Division. Na wyróżnienie zasługuje także Vena Valley oraz Alma i mimo wszystko Haratacze. Miłym dla ucha (i oka) występem był także koncert zespołu Boogie Nights. Zawiedli najbardziej znani artyści, szczególnie Kukiz i Piersi, ale od takich najwięcej się oczekuje.

© 2003-2007 by Ecnelis