Dodaj do ulubionych
Porcupine tree
Deadwing European Tour 2005 - 15.04.2005. Kraków

   Poprzedni album mistrzów progresywnego rocka zahaczającego o ambient i metal - "In apsentia" z 2002 roku (w Europie ukazał się w 2003, ale za to w rozszerzonej wersji) - postawił poprzeczkę bardzo wyskogo, sięgając niemal ideału. Nie zabrakło na nim brzmień typowych dla Porcupine Tree ale to, co go wyróżniało to najostrzejsze jak dotąd gitary. Tym samym niepewność jak i oczekiwania odnośnie kolejnego albumu wzrastały. Ukazał się on w marcu 2005 roku, nosząc tytuł "Deadwing" i dzieląc fanów od samego początku - na całkowicie rozczarowanych jak i zachwyconych. Album jest w większej części jeszcze bardziej ostry i chropowaty niż wszystkie poprzednie razem wzięte a momentami sprawia wrażenie iż cały ten hałas zagłusza piękne melodie, z których Porcupine Tree jest znane. Ale ocena albumu to inny temat. Co z nim się wiąże to trasa koncertowa, co do której było pewne iż zawita w Polsce. Wstępne daty i miejsca pojawiły się pod koniec 2004 roku - połowa kwietnia, Bydgoszcz i Kraków. To samo pojawiło się w oficjalnym rozkładzie Deadwing Tour! W tym momencie wyjazd na koncert zakiełkował w postaci marzenia. A mażenia mają to do siebie, iż jeśli bardzo się pragnie to się spełniają...

   Nie obyło się bez zaskakująców zwrotów akcji, niespodzianek i potężnego wsparcia z zewnątrz abym na parę dni przed koncertem Porcupine Tree, który miał mieć miejsce 15 kwietnia w Krakowie mógł mozolnie szukać połączeń między tym miastem a Częstochową. Przy okazji wyszła na jaw ciekawa rzecz: pospieszny i osobowy pociąg na tej trasie jadą praktycznie tak samo długo (róznica około 10 minut) i o ile wyjazd do Krakowa na planie wyglądał tak jak powinien wyglądać tak powrót nie wyglądał prawie w ogóle, ale to miało być problemem dopiero w piątek około północy. Koncert według rozpiski miał wystartować o dwudziestej a supportem miała być Anathema, co zapewne wynosiło dla niektórych osób rangę całego wydarzenia jeszcze wyżej. Szybki plan podróży miał masę dziur i charakteryzował się tym, iż w conajmniej trzech miejcach mógł oberwać tak, iż nie wróciłby do życia. Ale to szczegół...

   Od planu do jego realizacji jest tylko krok. Pociąg do Krakowa odjechał z Częstochowy tuż przed szesnastą. Znalezienie go na peronie jak i wejście w posiadanie papierka upoważniającego do przejazdu odbyło się bez zaplanowanych problemów. Trzeba było tylko pilnować stacji, aby wysiąść gdzie należy, a dla zatwardziałego zwolennika PKSu mogło być to trochę skomplikowane. Na miejscu szybkie i sprawne spotkanie z osobami z kręgów rodzinnych bardziej zorientowanymi w terenie i wymarsz ku hali Wisła. Przed budynkiem zebrało się już kilkadziesiąt, być może nawet kilkaset osób, wpuszczano do środka od dziewiętnastej. Niestety z niewiadomych względów nie udało nam się dostać wejściem dla osób zaproszonych i z akredytacją a normalne wejście było naprawdę wąskie, jednak panował przy nim ład i porządek a wszystko odbyło się bez problemu. Tuż po wejściu miejsce miała dyskretna inaczej akcja zdobycia jedynego chyba już na hali plakatu z koncertu, zakończona pełnym sukcesem. Potem jeszcze parę rzutów okiem na sklepik z pamiątkami z tradycyjnie oszałamiającymi cenami po czym po pozbyciu się nadmiaru cieczy w organiźmie przeszlśmy do właściwej części budynku. Pod sufitem hali powoli wypełniającej się publicznością (na środku stojąca płyta i po bokach miejsca siedzące) unosiły się śladowe ilości dymku a na scenie kurzyły już się instrumenty muzyków Anathemy, o której pojęcie miałem raczej niewystarczające, aby z niecierpliwością oczekiwać ich występu...

   Koncert miał wystartować o dwudziestej, rozpoczął się parę minut później. Anathema posilająca się co chwilę zupką chmielową grała około trzech kwadransów, w różnym stopniu rozgrzewając publiczność. Zagrali na tyle ciekawie (moją uwagę szczególnie przykuły dwa utwory - drugi i trzeci czyli "Balance" i wyłaniające się z niego "Closer" z głosem idącym przez wokodery - podczas tego utworu można było wpaść w trans), że (przynajmniej mnie) zachęcili do sięgnięcia po ich dokonania studyjne. Co ciekawe zagrali jeden zupełnie nowy utwór, prawdopodobnie z nadchodzącej płyty a także po raz pierwszy w swojej karierze wykonali na żywo utwór "Lost control", tym samym czyniąc swój występ w pewnym sensie wyjątkowym. Nie obyło się bez niczym nie skrępowanego pogo w wykonaniu publiczności zgromadzonej pod sceną, z którą zespół nawiązał znakomity kontakt. Nie obyło się też bez drobnej pomyłki w jednym z utworów, co zaowocowało śmiechem wokalisty i chwilową niemożnością śpiewania. Vincent Cavanagh podsumował cały koncert jednym słowem - "zajebiście". Po zasłużonych brawach zespół zszedł ze sceny, pozostawiając stygnącą publiczność (złożoną z młodzieży i młodzieży trochę starszej, która w większości okupowała miejsca siedzące po bokach) na łaskę obsługi technicznej, której parę chwil zajęło przygotowanie gruntu pod występ Porcupine Tree.



   Wprowadzeniem audiowizualnym do koncertu Jeżozwierzy była dobrze znana grafika i dźwięki, które pojawiły się on-line przed premierą albumu "Deadwing". Na muzyków długo nie trzeba było czekać. Po paru chwilach pełnych napięcia na scenie pojawiło się pięć osób - zespół wspomagał na gitarze i wokalu długowłosy John Wesley, który już od prawie trzech lat koncertuje wspólnie z PT (a ogólnie znany jest jako gitarzysta Fisha, ale działa także solowo). Pozostała czwórka oczywista - po lewej za klawiszami nieznanej marki... Poland (ciekawe czy zbędną kreskę w literze R zdrapano na stałe czy tylko zaklejono czarną taśmą, ale gest bardzo ładny) i innymi tego typu urządzeniami Richard Barbieri, po lewej sekcja rytmiczna, czyli Gavin Harisson (będący w zespole od 2002 roku) za perkusją, przystojny jak zawsze (pod względem wizualnym mógłby z powodzeniem robić za lidera zespołu) i Colin Edwin w nieodłącznej czapeczce na basie a na środku oczywiście boso i w okularach Steven Wilson w stylowej koszulce przywodzącej na myśl filmy z serii "Szczęki". Brawa ucichły przy pierwszych elektronicznych dźwiękach z tytułowego utworu pochodzącego z najnowszego albumu - "Deadwing"...

   Kompozycja na niezobowiązujące otwarcie koncertu w sam raz. Po paru chwilach mogliśmy zobaczyć na przykładzie Steven'a co znaczy mieć włosy dookoła głowy a także chwytać co chwilę rzucane w stronę publiczności (i do siebie samego chyba także) półuśmiechy Colina. Jako drugie zagrano motoryczne "Sound of Muzak" z poprzedniego albumu ("In apsentia"). Ach ten rytm, ach ten refren! Trzecie najnowsze "Lazarus" - spokojne, pięknie brzmiące wypadło urzekająco, ale chyba zagrane za wcześnie aby mogło wywołać głębsze emocje. Największe wrażenie jednak wśród utworów z ostatniej płyty zrobiło niespodziewanie "Halo", wspomożone sugestywną animacją (szkoda że taka nie towarzyszyła wszystkim utworom). Niemal wykrzyczany refren i psychodeliczna zwrotka tej kompozycji odcisnęły trwały ślad w psychice. A jak pięknie Steven prowadził dłonią dźwięki w pierwszej częśći solówki. "I got a halo round me, I got a halo round me I got a halo round my head!". Nic dziwnego że wszystko tak świetnie zabrzmiało. Utwór po prostu wgniótł. Najdłuższe "Arriving somewhere but not here" zostało poprzedzone odpowiednią zapowiedzią, uprzedzającą o czasie trwania. Utwór rozepchany w środku gigantyczną solówką, którą wykonano bez oszczędzania siebie i instrumentów mimo wszystko nie sprostał chyba zadaniu bycia jakimś bardziej znaczącym momentem koncertu, choć przecież nikt nie powiedział że takim miał być, chyba że w myśl tradycji najdłuższych utworów pokroju "Russia on ice" czy "Radioactive toy", do których jednak "Arriving somewhere..." trochę brakuje. W nim chyba także najwięcej szło z taśmy, co było szczególnie widoczne podczas perkusyjnej wstawki w drugiej połowie kiedy na telebimie pokazany był widok na perkusję z góry a Gavin sobie siedział nudząc się. Znakomicie wypadło "Mellotron scratch", jako ostatnie reprezentujące najnowszy album Jeżozwierzy. Największa w tym zasługa delikatnego refrenu oraz końcówki utworu, krórą na dwa głosy wyśpiewali Wilson i Wesley (na płycie są trzy głosy, co na koncercie musiałoby chyba być realizowane przy pomocy taśmy). "The scratching of a mellotron it always seemed to make her cry...". Oczywiście nie grano samych najnowszysch utworów. Sięgnięto nawet po kompozycje mające już ponad dziesięc lat! A konkretnie po dwie z albumu "Up the downstairs" z 1993 roku, kiedy to jeszcze Porcupine Tree było solowym projektem Wilosna. Album obecnie przygotowywany jest do znacznie poprawionej reedycji, na której znajdzie się między innymi żywa perkusja Gavin'a (album być może wyjdzie jeszcze w tym roku). Powrót do przeszłości był odpoczynkiem dla strun głosowych Steven'a, nie będącego w życiowej formie z racji alergii (która to także nie pozwoliła na zapowiadany na godzinę dwunastą akustyczny set w duecie z Wesley'em przed krakowskim Media Markt, w którym to Wilson i Barbieri dawali później autografy - niestety ja w Krakowie byłem dopiero po osiemnastej) - przestrzenne "Fadeaway" zaśpiewał Wesley, co wyszło całkiem intersująco zważywszy na barwę głosu Johna (niestety wydającego się być odrobinę zagłuszanego przez muzykę), ale nie ma to jednak jak "Stefek". Przy drugiej kompozycji, "Burning sky", wokale nie były konieczne - instrumentalna kompozycja zabrzmiała ostro i dynamicznie. Aż się chciało popatrzeć co podczas niej Steven robi z gitarą, bez konieczności zwracania uwagi na mimikę twarzy, którą i tak przez większość koncertu zakrywały włosy. Jednak ciekawsze było to co działo się za jego plecami - animacja oparta na prostym pomyśle robiła ogromne wrażenie. Colin miał okazję powiedzieć coś więcej swoją gitarą basową przy "Hatesong", pchającym nas do 2000 roku (album "Lightbulp sun"). Surowie brzmienie utworu powiało chłodem. Brrrrr, aż chciało się zamarznąć. Kto by przypuszczał, że z tego utworu można zrobić coś takiego. Z poprzedniego albumu Porcupine Tree zabrzmiało jeszcze "Blackest eyes" (oraz "Trains" w bisie), czyli ponownie mocne uderzenie z początku oraz zwrotka i refren, które same proszą się o zaśpiewanie. Nie zapomniano oczywiście o krążku "Stupid dream" z 1999 roku - reprezentowały go dwie kompozycje, ale za to jakie - "Smart kid" oraz finalne "Even less"!! "Smart kid" to czysta magia, chyba najpiękniejsze dźwięki w całym koncercie, choć na sali chyba odrobinę zabrakło skupienia wymaganego przez ten utwór. Zagrozić mu pod względem magiczności mogło chyba jedynie "Glass arm shattering" z najnowszego krążka, którego niestety nie zagrano (zagrano je dzień wcześniej w Bydgoszczy, w Krakowie był za to "Mellotron scratch"), podobnie jak "Shallow", któro miałem nadzieję usłyszeć, a któro na koncercie z pewnością wspaniale by się sprawdziło - krótkie, mocne, skondensowane i przebojowe. Specjalnym komentarzem wyjaśniono także brak, jak to Steven z uśmiechem określił "naszego ulubionego utworu z najnowszej płyty zespołu" - "'Open car" (tajemnicą pozostaje gdzie zdobył te informacje), którego zespół... nie nauczył się grać. Na koniec, jak wspomniałem, zagrano wielkie "Even less". "And I may just waste away from doing nothing, but I'm a martyr to even less... To even less... To even less...". Zespół zszedł ze sceny a oklaskom i okrzykom oczywiście nie było końca...



   Na bis nie kazano publiczności długo czekać. Pierwsze zabrzmiało przepiękne "Shesmovedon". Znakomitą solówkę, rozciągającą się praktycznie na połowę długości utworu wykonał nie Wilson a Wesley, co chyba bardzo jej nie zaszkodziło poza faktem iż nie wychodziła spod palców samego mistrza. Na koniec mimo licznych krzyków "Radioactive toy", których Steven za pewne nie chciał już słyszeć i zapewne nie słyszał zabrzmiało soczyście "Trains". Ale sok chyba tryskał zbyt obficie, ponieważ w drugiej połowie utworu w gitarze Wilson'a pękła struna i po kilkunastosekundowej przerwie dokończył go na innej, podanej szybko przez Jason'a z obsługi technicznej, który cały czas opiekował się tym, aby w dłoniach Wilsona znalazła się właściwa gitara. Potem już tylko ukłony zespołu... Oklaski... I blask świateł oznajmiających definytywny koniec koncertu... A chciałoby się coś jeszcze...

   Z bolącymi mięśniami, trzaskiem w kościach i piskiem w uszach udałem się wraz z mozolnie poruszającym się do przodu tłumem do wyjścia. Z wydostaniem się z budynku nie było najmniejszych probelmów. Wśród skradających się piorunów i kroczącego na palcach deszczu dotarliśmy szybko do Kielc, skąd po oględzinach ciekawie zbudowanego dworca PKS udałem się zaprzyjaźnionym autobusem (mającym stację początkowoą w moich rodzinnych stronach) do Częstochowy na zasłużony odpoczynek w drodze zbierając myśli i wrażenia w logiczną całość, przypominając sobie dźwięki i obrazy, gesty, słowa i starajac się zapomnieć o ucierpiałych częściach ciała na skutek zmęczenia materiału jak i działania osób trzecich...

   Koncert był znakomity, zarówno w wykonaniu Anathemy jak i Porcupine Tree, choć były to praktycznie dwa zupełnie różne występy. Jedynymi zgrzytami były chwilowe problemy z dźwiękiem i parę osób tuż przed sceną, będacych... zbyt ruchliwymi w nieodpowiednich momentach. Anathema zagrała mocno, wraz z publicznością ciesząc się ze swojego występu. Porcupine Tree było czymś wielkim, czystą magią, momentami miażdżącą ścianą dźwięku a momentami pluszowym misiem, do którego można było się przytulić. Utwory z najnowszego albumu udanie przeszły chrzest bojowy. Na zapoznanie się z ich studyjnymi wersjami było zdecydowanie za mało czasu - płyta ukazała się zaledwie dwa i pół tygodnia przed koncertem. Ubranie drżało na całym ciele pod wpływem basów i uderzeń bębnów a serce podchodziło do samego gardła, uniemożliwiając swobone przełykanie śliny. Uszy chłonęły dźwięki, wzrok obrazy... Te wyświetlane z rzutnika za zespołem (bazujące w sporej części na materiale z "In apsentia") były momentami dość drastyczne, ale dyskretnie zakamuflowane, potęgując tylko odbiór muzyki. W obliczu wystarczalności samych zmysłów ciało wydawało się zbędne... Obiekt był zamknięty, więc bez obaw można było wzleceć nie martiwąc się że uniesie sie zbyt wysoko. A uniosło się naprawdę wysoko...

setlisty:

Anathema
01. Release
02. Balance
03. Closer
04. untitled brand new song
05. Lost control (first time live)
06. One last goodbye
07. Fragile dreams
08. Flying

Porcupine Tree:
01. Deadwing
02. The sound of Muzak
03. Lazarus
04. Halo
05. A smart kid
06. Hatesong
07. Arriving somewhere but not here
08. Fadeaway
09. Burning sky
10. Mellotron scratch
11. Blackest eyes
12. Even less
bis:
13. Shesmovedon
14. Trains

"Yes I'd have to say I like my privacy. And did you know you're on closed circuit TV? So smile at me..." ("Deadwing")

Powyższe zdjęcia pochodzą z polskiej strony Porcupine Tree - Cure For Optimism (www.porcupinetree.pl) - zamieszone zostały za wiedzą i zgodą jej autora.

© 2003-2007 by Ecnelis